KAPLICA MATKI BOŻEJ




„Przechodniu! Zarówno ty dojrzały człowieku, jak i ty starcze

- którzyście przechodzili gehennę na tym placu męczarni,
i ty młody - który znasz tę historię tylko z opowiadania,
przechodząc obok tej Kapliczki Wdzięczności,
w której znajduje się figurka Patronki naszej Parafii, Matki Bożej,
a zarazem Królowej Polski,
skłoń głowę z szacunkiem i wdzięcznością oraz z prośbą
o Jej dalszą opiekę i orędownictwo nad naszą Parafią i naszą Ojczyzną”.

Historia kapliczki
60-ta rocznica pacyfikacji hitlerowskiej w Olszanicy

28 lipca 2003 roku minęła 60-ta rocznica tzw. „pacyfikacji”, przeprowadzonej przez okupanta hitlerowskiego na ludności Olszanicy i sąsiednich miejscowości (Chełmie, Woli Justowskiej, Bielanach, Przegorzanach i dzielnicy Krakowa - Zwierzyńcu).
Była to jedna z licznych akcji przeprowadzanych systematycznie od pewnego czasu przez zbrodniczego okupanta, a mających na celu, zgodnie z założeniami polityki hitlerowskiej, wyniszczenie narodu polskiego i utrwalenie na stałe zaborczej władzy na terenach traktowanych początkowo jako tereny okupowane.
W czasie tych pacyfikacyjnych akcji wystarczył najdrobniejszy szczegół, nieostrożne słowo, czy nawet nieuzasadnione podejrzenie, aby uzyskać pretekst do mordowania polskiej ludności i niszczenie jej mienia.
Toteż groza panowała w całym bezmała kraju, terroryzowanym w niespotykany dotąd sposób przez zbrodniczego okupanta niemieckiego.
Ze wspomnień tych mieszkańców naszego Osiedla, którzy przeżyli potworność pacyfikacji wynika, że takie obawy i lęk niepokoiły również od pewnego czasu i mieszkańców Olszanicy. Szczególnie zaś obawy te nasiliły się latem 1943 roku po zbrodniczych pacyfikacjach takich jak:
- w niedalekim Kaszowie, gdzie 1 lipa 1943 r. okupant wymordował 26 osób i spalił wiele zabudowań
- 4 lipca 1943 r. w pobliskich Liszkach, gdzie w potwornych męczarniach zamordowanych zostało 30 osób i również spalono szereg budynków
- w Radwanowicach 21 lipca 1943 r., a nadto w Grębałowie, Sułkowicach i innych miejscowościach
I kiedy kolejne akcje pacyfikacyjne oddaliły się nieco w dalsze rejony jak np. do Radwanowic Grębałowa, Sułkowic i innych, w Olszanicy powstała nadzieja, iż może to nieszczęście ominie nas i nasze najbliższe sąsiedztwo.
Tymczasem nieszczęście to spadło niespodziewanie, jak przysłowiowy grom z nieba, w nocy z 27-go na 28-go lipca 1943 r., kiedy to „zaprawione” do tego rodzaju zbrodniczych akcji oddziały specjalne, rekrutujące się z Gestapo, SS, Sonderdienstu i policji otoczyły szczelnym kordonem Olszanicę wraz z wspomnianymi na wstępie miejscowościami.
Niektórzy mieszkańcy Olszanicy zorientowawszy się w sytuacji, usiłowali bezskutecznie wydostać się poza obszar objęty pacyfikacją. Inni starali się znaleźć sobie jakieś bezpieczne schronienie, ale tylko kilku osobom udało się ukryć w stojących kopach zboża lub w ziemniakach - z narażeniem na niebezpieczeństwo, gdyż tren objęty pacyfikacją a szczególnie pola uprawne i zakrzewione tereny penetrowane były przez konne patrole okupanta, którym towarzyszyły tresowane psy - wilczury.
Właściwa pacyfikacja zaczęła się około godziny 5-tej rano, kiedy to kilkuosobowe patrole zbrodniarzy z pod znaku swastyki zaczęły wypędzać ludzi z domów na teren dzisiejszej nowej szkoły - podmokły wówczas, gdyż był to teren po dawnych stawach, zasilany w dodatku wyciekami z pobliskiego folwarku SS. Norbertanek (dzisiejsze Gospodarstwo Doświadczalne Akademii Rolniczej) i tam pod groźbą pobicia nakazały kłaść się twarzą do ziemi i tak tkwić bez ruchu.
Wszelki ruch bez zezwolenia pilnujących żołnierzy był zabroniony, o czym przekonał się ówczesny proboszcz o. Augustyn Napora, który za uniesienie nieco głowy otrzymał kopnięcie w głowę i stek przekleństw od hitlerowskiego żołdaka.
Leżących rozdzielono: w osobnej grupie leżały kobiety z większymi dziećmi, a osobno mężczyźni. Kobiety z maleńkimi dziećmi pilnowano w stajni folwarcznej. Plac, gdzie zgromadzono ludność, z jednej strony zabezpieczony był zasiekami z drutu kolczastego, za którymi ustawiono ciężki karabin maszynowy z obsługą- skierowany na przyszłe ofiary, zaś dalej otaczali go żołnierze niemieccy trzymający na smyczach psy (wilczury). Jeszcze dalej, poza tym lace, w zagajniku olszowym Stanisława Jędrysa (dzisiaj rodziny Liszków) wyznaczono miejsce kaźni i zarazem zbiorową mogiłę, gdzie przygotowano grube sznury, łopaty i wapno do zasypania zwłok.
Opróżniane domy poddawane były kolejnym trzykrotnym rewizjom, w czasie których nierzadko ginęły wartościowe rzeczy.
Przy wypędzaniu ludzi z domów przeprowadzano równocześnie pierwszą z trzech rewizji, w czasie której wyławiano „podejrzane” osoby, jak np. Józefa Łuszczaka, którego pobito za chowanie wojskowych skarpetek, Jana Rozpędzika - który usiłował schować polski koc wojskowy, czy Józefa Ulanowskiego - który palił akurat w piecu oficjalnie wydawaną przez okupanta gazetę, a co potraktowano jako niszczenie konspiracyjnej prasy czyli tzw. „tajnych gazet”. Tych i dalszych „podejrzanych” oznaczano krzyżami wyrysowanymi kredą na ubraniach o umieszczano w oddzielnej grupie, gdyż mieli oni uzupełnić egzekucję na potencjalnych „przestępcach”, jakich miały ujawnić wyniki pełnej tj. trzykrotnej rewizji i prowadzonych przesłuchań.
Jednocześnie w ówczesnym budynku szkolnym (w starej szkole) „urzędował” sztab zbrodniczej akcji, przesłuchując na swój sposób osobną grupę mieszkańców jak np. zakładników - rekrutujących się z pośród kilku znaczniejszych osób, wiejskich stróży nocnym i członków miejscowej Ochotniczej Straży Pożarnej. Oczywiście przesłuchaniu towarzyszyły bicie i maltretowanie niektórych przesłuchiwanych, a następnie segregowanie bądź do grupy oznaczonych krzyżami kredowymi, bądź do tych „zwyczajnych” - leżących na placu twarzą do ziemi.
Niezapomniane wrażenie, zarówno na katach jak i ich ofiarach, wywołało zachowanie się mieszkanki Olszanicy - Małgorzaty Wyżga. Ta bohaterska kobieta idąca na czele jednej z grup mieszkańców prowadzonych na plac zbiórki, zwymyślała żołnierzy prowadzących grupę nazywając ich zbrodniarzami i bandytami, przepowiedziała Niemcom nieuchronną klęskę w tej wojnie i zaczęła śpiewać patriotycznie-religijną pieśń „Boże coś Polskę”. Obrażeni władcy nie szczędzili kobiece uderzeń i soczystych policzków, poprzestając dopiero po chwili na interwencję towarzyszących jej mieszkańców, którzy usprawiedliwili ją, iż cierpi ona na zaburzenia umysłowe. Niemniej jednak została ona dołączona do grupy tych „podejrzanych”, którzy mieli uzupełnić liczbę ofiar planowanej egzekucji.
I jeszcze jeden szczegół zasługujący na pamięć: Oto będąca w wysoko zaawansowanej ciąży i z tego powodu zwolniona z leżenia na placu żona dzierżawcy folwarku - Ewa Rumszewiczowa, dosłownie ubłagała u Niemców zezwolenie na dostarczenie wody leżącym na lipcowym słońcu mieszkańcom. Osobiście też, przy pomocy pracownicy folwarku i pod nadzorem żołnierzy niemieckich, niosła ulgę udręczonym do ostatnich granic wytrzymałości ludzkiej mieszkańcom, przez dostarczenie im tak bardzo upragnionego garnuszka chłodnej wody.
Dzięki właściwej postawie mieszkańców, którzy rozumieli należycie grozę wrogiej okupacji i wykazali daleko idącą ostrożność, zapowiadającą się początkowo tak bardzo groźnie pacyfikacja, dla mieszkańców Olszanicy zakończyła się szczęśliwie, podczas gdy w pobliskiej Woli Justowskiej w tym samym czasie zbrodniczy okupant zamordował 21 mieszkańców , zaś dalsze trzy wywiezione do obozu zagłady w Oświęcimiu tam straciły życie.
Po wielu godzinach męczarni na mokrej ziemi i pod palącym lipcowym słońcem, w godzinach popołudniowych oprawcy hitlerowscy kazali leżącym dotąd mieszkańcom powstać, zgromadzić się i skupić wszystkim dotąd rozdzielonym grupom na malej przestrzeni w środku placu. I wówczas zgroza powiała wśród zgromadzonych - pewnych, że teraz nastąpi zbiorowa egzekucja.
Tymczasem dowódca zbrodniczej wyprawy, poprzez tłumacza, ogłosił, iż wobec negatywnych wyników rewizji i przesłuchań, wszyscy mieszkańcy - nawet ci oznaczeni kredowymi krzyżami - zostają zwolnieni i mogą wracać do domów. W zamian za to zażądał pełnej lojalności wobec władz niemieckich i meldowania o każdej najdrobniejszej akcji, mogącej zagrozić porządkowi niemieckiemu. Wymusił przy tym od mieszkańców złożenia przyrzeczenia spełnienia tego warunku, co też uczynili nie zamierzając zresztą tego dotrzymać.
Wprost z placu wszyscy uczestnicy tej męczarni samorzutnie pod przewodnictwem swojego proboszcza udali się do kościoła na uroczystą, dziękczynną Mszę Św., w czasie której słychać było głośny szloch i głośne modlitwy wdzięczności za tak widoczną opiekę Boską i Patronki naszej Parafii. Wówczas to powstało przyrzeczenie wybudowania Matce Bożej pamiątkowej kapliczki na wprost tego męczeńskiego placu, co też zostało zrealizowane w roku 1956 pod popularną nazwą „Kapliczki Wdzięczności”.
Od wtedy też istnienie niezachwiane przekonanie i wiara u wielu z tych, którzy przeżywali tę pamiętną pacyfikację, że jej szczęśliwe zakończenie to wprost cud Boży za wstawiennictwem Matki Najświętszej.


Na podstawie własnych przeżyć i obserwacji oraz relacji wiarygodnych osób Czesław Dykas